Mariusz Bondarczuk

Tygodnik Ostrołęcki

Aktualizacja:

Tygodnik Ostrołęcki

Adam Bień - jeden z przywódców Polski Podziemnej sądzony w słynnym "Procesie Szesnastu" jaki odbył się po zakończeniu wojny w Moskwie został w dniu 29 sierpnia 2002 na mocy uchwały Rady Miejskiej w Przasnyszu patronem ulicy biegnącej w kierunku zachodnim od skrzyżowania ulic Świerkowej i Sosnowej, które sąsiaduje z siedzibą Sądu Rejonowego. Publikujemy wywiad, jaki Mariusz Bondarczuk przeprowadził w 1988 r. w Ossali z Adamem Bieniem. Rozmowa dotyczy 21 lat, które rozmówca naszego współpracownika spędził w Przasnyszu jako adwokat. Okres ten jest najczęściej pomijany, bądź traktowany bardzo zdawkowo w książkach biograficznych, czy też artykułach poświęconych Bieniowi.
Adam Bień w 1955 r. @ Strony z dowodu A. Bienia, którym posługiwał się on do końca zycia @ Obecny wygląd ul. A. Bienia

Adam Bień w 1955 r. @ Strony z dowodu A. Bienia, którym posługiwał się on do końca zycia @ Obecny wygląd ul. A. Bienia ©Archiwum Mariusza Bondarczuka

-------------------------------
- Mariusz Bondarczuk: Chciałbym namówić Pana na zwierzenia o tym co wcale albo też bardzo mało interesowało różnych Pana interlokutorów. Nie będziemy zatem rozmawiać o słynnym procesie Szesnastu, kiedy to został Pan skazany na 4 lata więzienia na Łubiance. Nie wrócimy w naszej rozmowie także do lat II wojny światowej, gdy w zajętej przez Niemców Warszawie pełnił Pan obowiązki I z-cy Delegata Rządu na Kraj. Porozmawiajmy o 21 latach, które spędził Pan w Przasnyszu. W jakich okolicznościach trafił Pan do tego miasta? Czyżby Przasnysz stanowił dla Pana - człowieka niewygodnego politycznie dla PRL-owskich władz miejsce zsyłki?
- Adam Bień: To jest bardzo dziwne, ale ja tam trafiłem po prostu....
z mapy. W końcu sierpnia 1949 roku po powrocie z moskiewskiego więzienia i później, aż do końca roku 1953 zajmowałem się tłumaczeniami z literatury rosyjskiej. Po kilku latach władze zgodziły się na to, abym został adwokatem. Postawiono mi wszakże jeden warunek: nie będę urzędował w Warszawie. Gdy penetrowałem ze swoimi kolegami- warszawskimi prawnikami mapę województwa warszawskiego, starszy wiekiem adwokat Stanisław Laskowski stwierdził, że w Przasnyszu i jego okolicach jest wielu chłopów i oni mają różne sprawy w sądzie. Poradził mi, abym wybrał to właśnie miasto.
-I pojechał Pan po raz pierwszy w życiu do Przasnysza...

- Było to jesienią 1953 roku. Na przasnyskim rynku kwitły chryzantemy. Bardzo mi się ten fragment miasta podobał. Wynająłem pokój przy Placu 1 Maja nr 4 (dziś Rynek - przy MB). Powiesiłem szyld, ale nikt nie przychodził do mojej kancelarii, bo nikt mnie nie znał. Zacząłem rozpaczać. Sądziłem, iż nic nie będzie z mojej praktyki adwokackiej. Aż wreszcie w dniu 8 grudnia 1953 roku zjawił się pierwszy klient. Miałem mu napisać wniosek o ułaskawienie kogoś, komu groziło długie więzienie. I tak się zaczęło. Ogromną reklamę zrobiła mi niedługo potem "Wolna Europa". W owym czasie radio to dosłownie szalało ze sprawą Józefa Światły - pułkownika UB, który uciekł na zachód. Wśród rewelacji, które przekazywał, znalazła się również sprawa procesu "szesnastu". Kiedy pojawiałem się na przasnyskiej ulicy ludzie zaczepiali mnie cichaczem i pytali: "Panie, czy Pan jest ten Bień, o którym oni mówią?" Odpowiadałem: "Ten, ten". Od tego czasu, aż do końca pobytu w Przasnyszu, nie miałem kłopotów z brakiem klienteli.
-Był Pan ze względu na swoją przeszłość dość szczególnym mieszkańcem Przasnysza. Chyba znajdował się Pan pod jakimś specjalnym nadzorem?
- Ależ skąd. Mnie się tam po prostu prawie wszyscy bali, bo nie mieli pojęcia kim w rezultacie jestem. Owszem znali moją historię. Wiedzieli, że siedziałem w Moskwie, ale podejrzewali, że skoro odzyskałem wolność, to muszę mieć szczególne "chody" gdzieś bardzo "wysoko". Bali się mnie sędziowie, prokuratorzy i adwokaci. Wszyscy oni odnosili się do mnie z wielką nieufnością, bo nie mogli mnie "rozgryźć". I to trwało dość długo.
-Czy wówczas przed Sądem Powiatowym w Przasnyszu toczyły się jakieś sprawy o charakterze politycznym?

- Nie potkałem się z żadną sprawą o charakterze czysto politycznym. Było natomiast bardzo dużo zwykłych procesów o kradzieże, szczególnie kradzież mienia społecznego w których zapadały bardzo surowe wyroki.
- Był Pan wziętym adwokatem. Wygrywał Pan wszystkie, no prawie wszystkie sprawy...
-Byli tacy, którzy mi tego zazdrościli. Byle jakich spraw w ogóle nie brałem. Trafiały one do innych adwokatów. A jeżeli ktoś brał kiepską sprawę, to ją na ogół przegrywał. Stąd mówiło się, że Bień ma dobre sprawy. Zdarzały się także sytuacje kuriozalne. I tak stawałem kiedyś na sali sądowej w szranki... z nieboszczykiem. Okazało się bowiem, że pełnomocnictwo jednemu z ówczesnych przasnyskich adwokatów podpisał ktoś dawno już nieżyjący...ręką teściowej owego mecenasa. Broniłem kiedyś człowieka, który po pijanemu wpadł na jedną z szyb wystawowych i rozbił ją, a następnie usnął na chodniku wśród potłuczonego szkła. Obudzony i zatrzymany na miejscu zdarzenia przez milicjantów oskarżony został...o usiłowanie włamania do sklepu. Dopiero w drugiej instancji udało mi się wybronić nieszczęsnego delikwenta od kary za rzekome "usiłowanie".
-Ale ta zasada, aby nie zajmować się "kiepskimi sprawami", to chyba nie jedyna recepta na pański adwokacki sukces.
- Adwokat, aby mu się naprawdę dobrze powodziło, musi mieć bardzo surowy stosunek do klienta. Każdemu klientowi zdaje się, że ja jako jego pełnomocnik muszę być przekonany, że jest on niewinny, bo wtedy dopiero, będę go mógł bronić z całym przekonaniem i pewnością. No i klient taki rzecz jasna "buja". W takiej sytuacji do swoich petentów zwracałem się mniej więcej tak: "Najlepiej człowieka broni prawda. Bo prawda jest przekonywająca. Ale co jest jeszcze przekonywające. Kłamstwo, ale bardzo mądre. Jeżeli człowiek chce kłamać musi być bardzo roztropny. Jeżeli jest Pan wystarczająco mądry - mówiłem w takich przypadkach swojemu klientowi - niech Pan kłamie. Przepis jest wyraźny: oskarżony ma prawo kłamać, a wszyscy inni muszą mówić prawdę. Ma Pan prawo kłamać, a ja mam obowiązek Panu wierzyć. Jak Pan się okaże głupi, to i ja będę wystawiony na durnia i wtedy obaj przegramy, a ja nie chcę przegrywać".
-W Przasnyszu zastał Pana przełom października 1956 roku. Czy był Pan wówczas aktywny w popaździernikowej odwilży w lokalnej, przasnyskiej skali?
- Urządzaliśmy wówczas zebrania miejscowej inteligencji Udzielał się na nich, jak pamiętam, geodeta inż. Antoni Niksiński. Chcieliśmy zakładać kluby dyskusyjne. Takie zebrania odbywały się także w sądzie i przychodzili na nie sędziowie. Po pewnym czasie wszystko się jednak rozchwiało, bo cała ta gomułkowska demokratyzacja okazała się lipą. To była jedyna moja działalność społeczna na terenie Przasnysza.
- Po książkach "Bóg wysoko - dom daleko" i "Bóg wyżej - dom dalej" w których zawarł Pan swoje reminiscencje do 1949 roku, przygotowuje Pan zapewne kolejny tom swoich wspomnień, tym razem o okresie przasnyskim.
- Owszem. Myślę o tym. Mam już nawet tytuł dla tej nowej książki - "Człowiek i ściana".
- Brzmi to dość zagadkowo.
- Tytuł ten wywodzi się z aforyzmu, który zrodził się w świecie adwokackim. "Jest mówić o czym, ale nie ma do kogo". Sądownictwo okresu międzywojennego, a trochę je znałem, bo pełniłem wówczas przez pewien okres czasu funkcję sędziego, nie było tak pańskie i chamskie, jak sądownictwo państwa chłopskiego i robotniczego zwanego PRL-em. Ci sędziowie to byli satrapy. Ciekawe, że taki człowiek w życiu prywatnym okazywał się bardzo przyjemny. A w Przasnyszu kwitło życie towarzyskie, choć nieoficjalnie tępiono bliższe kontakty między sędziami, adwokatami, prokuratorami, które jednak miały miejsce na suto "zakrapianych" spotkaniach, Gdy jednak taki sędzia zasiadł na sądowej sali, zmieniał się nie do poznania. Pamiętam, jak jeden z przasnyskich sędziów zwracał się do oskarżonego: "Oskarżony się nie przyznaje? Tu już wszystko jest (pokazuje na akta) o oskarżonym napisane". To był skandal. Tak nie wolno mu było powiedzieć. Każdy kto staje przed sądem jest niewinny według prawa. Jako adwokaci stawaliśmy na sali sądowej wobec ściany obojętności, wobec ludzi, którym się zawsze spieszyło, którzy udawali, że nas słuchają. I z tego doświadczenia pochodzi tytuł moich wspomnień, jakie chciałbym napisać o swoim pobycie w Przasnyszu i praktyce adwokackiej.
-Opuścił Pan Przasnysz będąc najbardziej wziętym adwokatem z wielką praktyką w tym zawodzie? Dlaczego?
-Miałem już absolutnie dość spraw sądowych. Nastąpił u mnie całkowity przesyt adwokaturą. Jest takie powiedzenie adwokackie: "Nie chodzi o to, aby wygrać, chodzi o to, aby zdążyć". Zdarzało się, że miałem jednego dnia 12 spraw i to w różnych sądach w Przasnyszu, Warszawie i Gdańsku. Nie nadawałem się psychicznie do pracy. Ostatecznie w grudniu 1974 roku opuściłem Przasnysz na zawsze i zamieszkałem w rodzinnej Ossali w pobliżu Staszowa.
-Jak z perspektywy czasu ocenia Pan przasnyski okres swojego życia?
- Ja byłem tam bardzo szczęśliwy. Nie mógłbym jednak przyjechać do Przasnysza. Po 21 latach przeżytych w tym mieście uświadomienie sobie, że jestem tam bezdomny, bo przecież nie mam już swojego przasnyskiego domu, byłoby dla mnie zbyt bolesnym doświadczeniem, aby powrócić tam kiedyś znowu.
***
PS. Niestety Adam Bień nie zdążył już napisać wspomnień z okresu przasnyskiego. Pozostał tylko ich tytuł "Człowiek i ściana".
______________________
ADAM BIEŃ (1899-1998) działacz ruchu ludowego, prawnik, publicysta; 1914-1917 członek Tajnej Drużyny Skautowej w Sandomierzu, od 1917 członek Związku Młodzieży Wiejskiej; 1920 matura w sandomierskim gimnazjum, ochotnik w wojnie polsko-bolszewickiej; 1925 absolwent prawa na UW, 1929 kierownik sądu w Grójcu, 1930 w sądzie grodzkim w Warszawie, od 1938 sędzia Sądu Okręgowego w Warszawie; 1925-35 prezes Mazowieckiego Związku Teatrów Ludowych, 1928 współorganizator ZMW RP "Wici" (1929-31 prezes ZG); 1941-43 przewodniczący Komisji Prawnej ROCH-a; od 1943 pierwszy zastępca Delegata Rządu na Kraj, od maja 1944 minister, członek. Krajowej Rady Ministrów Rządu RP w Londynie; we władzach cywilnych Powstania Warszawskiego, po jego upadku w organizacji "NIE"; w marcu 1945 podstępnie wywieziony do Moskwy przez NKWD, uwięziony i sądzony wraz 16. przywódcami Polski Podziemnej, skazany w tzw. "Procesie Szesnastu" na 5 lat więzienia, które spędził w większości na Łubiance; 1949 zwolniony powrócił do Polski; do 1953 r. nie mógł wykonywać zawodu sędziego, tłumaczył literaturę rosyjską dla LSW; 1953-73 adwokat w Przasnyszu; od 1974 r. na emeryturze, zamieszkał w rodzinnej Ossali. Autor książek wspomnieniowych.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Specjalnie dla Was

Wideo