Pierwsza zasada: wierzyć w siebie!

Pierwsza zasada: wierzyć w siebie!

Aldona Rusinek

Tygodnik Ostrołęcki

Aktualizacja:

Tygodnik Ostrołęcki

Na uczelniach kłębią się tłumy maturzystów, rodzice objeżdżają z dorosłymi już pociechami wyższe szkoły w całym kraju. Każdy maturzysta składa papiery na dwie, trzy uczelnie. Przed Uniwersytetem Warszawskim w zeszłym tygodniu stały długie kolejki kandydatów na studentów. Na Politechnice w punkcie informacyjnym przy czterech biurkach pracownicy uczelni wyjaśniali wątpliwości stremowanych i trochę zagubionych młodych ludzi. Tegoroczni absolwenci szkół średnich już zdążyli zapomnieć o maturach. Żyją egzaminami na uczelnie. Czy są zestresowani dorosłym życiem, czy wierzą we własną przyszłość, czego się boją, o czym marzą?

Pasja i marzenia

Paulina Gruszkowska przez cztery lata chodziła do klasy matematycznej w I LO w Ostrołęce. Ale już w podstawówce wiedziała, że będzie studiować prawo. - Dlaczego? Bo jest to zawód otwarty na drugiego człowieka, a ja jestem na innych uwrażliwiona. To były pierwsze, idealistyczne motywacje. Teraz myślę praktycznie: że studia prawnicze mogą mi dać różne możliwości pracy, w sądownictwie, ale także w innych firmach.
Sądzę, że może to być opłacalny zawód, choć w tych kategoriach rozpatruję to od niedawna. W każdym razie uparłam się na ten kierunek studiów, choć aż boję się myśleć o egzaminach. Ale jestem pełna zapału, wiary w sprawiedliwość i we własne siły. Wiem, że może być ciężko, że w drodze do jakiegokolwiek sukcesu trzeba się potykać. Ale grunt, żeby się nie poddać, nie oglądać za siebie - mówi Paulina. Będzie zdawała na Uniwersytet Warszawski i UMK w Toruniu, uczelnie bardzo oblegane na wydziałach prawniczych. Zastanawia się, czy nie postawiła sobie zbyt wysoko poprzeczki, czy podoła, czy udźwignie własne marzenia. Nie czuje większych lęków czy stresów, ale bliżej nieokreślony niepokój: nie chciałaby żeby zdarzyło się coś, co z góry przekreśli jej wszystkie plany. - Mam sporo przyjaciół, którzy podtrzymują mnie na duchu. No i oczywiście rodzice wspaniale mnie mobilizują. Nie muszą mi za dużo mówić, bo ja wiem, czego oni ode mnie oczekują, a oni wiedzą na co mnie stać. Jeżeli coś mi się nie udaje, dodają otuchy, nie dołują. To daje poczucie bezpieczeństwa - mówi Paulina. Ma mnóstwo planów na przyszłość. Nie wie czy uda jej się je zrealizować, ale cały czas jak mantrę powtarza sobie myśl Pablo Cohelo: jeśli czegoś gorąco pragniesz, to wiedz, że cały wszechświat działa potajemnie, żeby ci się to udało. Nie wystarczy jednak trzymać się nadziei. Trzeba mieć pasję i wierzyć w siebie. - Chciałabym w życiu czegoś ważnego dokonać. Dla innych. I chciałabym sama być szczęśliwa. Tak zwyczajnie: zakochać się do szaleństwa z wzajemnością, mieć rodzinę. Mam jeszcze wiele innych marzeń i zrobię wszystko, by się spełniły - Paulina tryska energią i optymizmem.

Nic go nie zniechęci

Adam Konowalski już w III klasie (matematycznej) w I LO zdecydował, że chce być aktorem. Dojrzał do takiej decyzji trochę pod wpływem Aleksandra Połygalina, imigranta, białoruskiego aktora, który dwa lat temu założył w WOK Ostrołęcki Wielopokoleniowy Teatr Amatorski. Sporo młodych ludzi zafascynowała ta zabawa w teatr. Adama od razu także. Po pierwszej premierze wyznał, że chce być aktorem, bo lubi się ukrywać za różnymi twarzami, zakładać maski. Jak większość mężczyzn lubi także być w centrum uwagi. Potem z wielkim zapałem pracował w Ostrołęckiej Scenie Amatora przy OCK, prowadzonej przez Olę Kowalewską i w kabarecie Mafioła. - Adam od przedszkola przejawiał różne artystyczne zainteresowania. Wychowawczyni zawsze żartowała, że będzie artystą. I tak mu zostało. Nie protestowaliśmy, gdy nam oświadczył, że chce zdawać do szkoły aktorskiej. Choć chleba do syta z tego zawodu dzisiaj raczej nie ma. Ale starszy syn jest lekarzem i też na razie klepie biedę. A jednak jestem szczęśliwą matką, bo moi synowie wiedzą, czego chcą od życia, potrafią znaleźć w nim swoje miejsce. Może niekoniecznie świetnie opłacane, ale takie, w którym potrafią się zrealizować. To dla nas bardzo ważne, bo od dziecka ich tego uczyliśmy. Że będą szczęśliwi tylko wtedy, jeśli zaspokoją swoje wewnętrzne potrzeby i pragnienia - mówi Alina Konowalska, matka Adama. Adam złożył podanie do wszystkich możliwych szkół teatralnych: do akademii teatralnej w Warszawie i Krakowie, do wydziału zamiejscowego szkoły krakowskiej we Wrocławiu, oraz do dwóch szkół prywatnych - w Krakowie i do szkoły Machulskich przy warszawskim Teatrze Ochota. Ma za sobą już pierwszą porażkę. Nie przeszedł przez praktyczne egzaminy w Warszawie. - Egzaminy są długie i trudne. Najpierw praktyczne, gdzie trzeba wykazać się scenicznymi predyspozycjami. Potem teoria - historia teatru, historia literatury powszechnej i historia kultury. Najtrudniejsza dla mnie była konfrontacja z innymi kandydatami. Okazało się, że ludzie z Warszawy czy z innych dużych miast mają o wiele większe doświadczenia teatralne, mają znajomości wśród studentów i wykładowców, przyjeżdżali tu na kursy. A ja byłem szarym człowieczkiem z prowincji. To działało dosyć deprymująco. Sam egzamin jakoś mnie nie stresował, wiele razy występowałem na scenie, jeździliśmy na różne przeglądy, na warsztaty teatralne. Ale dziś do szkoły teatralnej nie zdają panienki, którym zamarzyła się kariera w telewizyjnym serialu. Wszyscy ludzie są dobrze przygotowani. Ludzi było 510, a miejsc 30. Będę próbował w Krakowie, potem we Wrocławiu, potem do prywatnych szkół - mówi Adam. Cały czas ćwiczy recytację, interpretację utworów. Chodzi do lasu, na łąkę, gdzie pusto, gdzie nikt mu nie przeszkadza ani on nikomu, gdzie może głośno krzyczeć, szeptać, mówić do siebie, przymierzać się do różnych postaci. Raz na takim leśnym przedstawieniu nakryła go jakaś babcia, zapytała, czy nie potrzebuje lekarza. Co roku ze szkół aktorskich wychodzi około 80 magistrów sztuki aktorskiej. Godziwe zatrudnienie potem znajduje garstka. - Nie przeraża mnie to, choć wiem, że droga nie będzie łatwa. Ale będę próbował do skutku, bo wiem że tylko w tym zawodzie potrafię się odnaleźć. Jeżeli nie uda mi się dostać do żadnej szkoły aktorskiej, będę próbował swych sił w kolegium, przygotowując się jednocześnie do egzaminów teatralnych w przyszłym roku. Ja lubię Ostrołękę, mam tu przyjaciół, mam tu co robić. Zawsze interesowałem się kulturą, zwłaszcza filmem i teatrem. I zawsze potrafiłem, wbrew różnym panującym opiniom o marazmie, coś dla siebie tu znaleźć. Myślę, że po prostu trzeba chcieć cały czas coś robić dla siebie, dla innych - uważa Adam, ale na stałe nie chciałby się wiązać z Ostrołęką. Lubi po prostu zgiełk i światła wielkiego miasta. Mówi, że jego szkolni rówieśnicy dzielili się na dwie grupy: jedni już od dawna mieli wytyczony cel, wiedzieli co w życiu chcą robić, pilnie do tego się przygotowywali, jeżdżąc na kursy, chodząc na korepetycje. Inni w ostatniej chwili dokonywali dosyć przypadkowych wyborów. Rozmawiali nieraz o szansach na przyszłość. - Dopuszczaliśmy możliwość, że ewentualnie będziemy szukać szczęścia za granicą. W USA, w bardziej otwartej teraz Europie. Niektórzy ludzie są przekonani, że w Polsce nie ma możliwości. Jedyną szansą jest uciec stąd jak najdalej. Prezydent Ostrołęki namawiał nas na różnych spotkaniach do powrotu do Ostrołęki, ale jakoś nas nie przekonał - mówi Adam. Obawy przed nowym życiem, przed dorosłością? Jasne. Każdy rozsądny młody człowiek musi je mieć, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, uważa Adam. Jego mama nie ma natomiast żadnych obaw. - My z mężem w znacznie trudniejszych warunkach z wielką pasją startowaliśmy w życie. Nasi synowie mają dużo większe szanse. A ponieważ potrafią określić swoje pragnienia, wierzę, że sobie w życiu poradzą. Wierzę w to, co nieraz, kiedy zmywam garnki w kuchni Adam mi powtarza: Alisia, nie przejmuj się, jeszcze mnie zobaczysz na wielkim ekranie. Mówi to żartem, ale ja w to będę wierzyć - mówi mama Adama.

Chce być samodzielna

Anna Walczuk skończyła klasę biologiczną w I LO. Ma także konkretny cel: medycyna albo biotechnologia. Chociaż jeszcze rok temu myślała o architekturze. Jednak na kursie przygotowawczym przekonała się, że ludzie przygotowywali się do tego kierunku od dawna, poza szkołą, bo szkoła ogólnokształcąca nie daje właściwie szans na kierunkach artystycznych. Człowiek musi liczyć tylko na siebie. Anka zdecydowała się więc trzymać biologii. Biologia "weszła jej w krew" już w podstawówce. - Pani od biologii niespecjalnie mnie lubiła. Musiałam więc bardzo dużo się uczyć. I tak mi zostało. Polubiłam biologię. Uważam, że jest to bardzo interesujący kierunek, zwłaszcza w powiązaniu z naukami medycznymi. Będę więc zdawać do skutku, bo wiem, co chcę w przyszłości robić. Od wielu miesięcy jeżdżę na kursy przygotowawcze, bo na szkolnej wiedzy jednak nie można polegać, choćby ze względu na to, że nie jest tak ściśle ukierunkowana. Jeżeli nie dostanę się na studia, będę szukała pracy, bo nie chcę rozpraszać się w "naukach zastępczych". Poza tym chcę jak najszybciej się usamodzielnić. Marzę o dorosłym życiu, w którym będę o sobie samostanowić i będę za siebie odpowiedzialna. Wręcz nie mogę się tego doczekać. Rodzice przestrzegają mnie wprawdzie, że nie jestem do tego przygotowana, ale uważają, że powinnam spróbować, skoro tak bardzo chcę. Myślę, że chcą, aby życie mi trochę dało w kość. A ja idę na to, ryzykuję. Myślę, że dam sobie radę. Większość moich kolegów ze szkoły wierzy, że sobie poradzi w życiu, choć dookoła wszyscy mówią o tym, że młodzi ludzie dzisiaj mają taki trudny start. Ja myślę, że mają więcej możliwości, na przykład więcej szkół do wyboru, praktycznie otwarte granice Europy. Trzeba tylko bardzo chcieć - mówi Anna z przekonaniem. Czego się boi? Że nigdy nie znajdzie takich przyjaciół, jakich miała w szkole. I że będzie jej brakowało codziennych kontaktów z młodszą siostrą. Z resztą problemów ma zamiar sobie poradzić.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Specjalnie dla Was

Wideo