Szmaciany interes

Aldona Rusinek

Tygodnik Ostrołęcki

Aktualizacja:

Tygodnik Ostrołęcki

Od 30 czerwca wchodzi w życie ustawa o odpadach z kwietnia 2001 roku. Wynika z niej między innymi to, że na polski rynek nie będzie można sprowadzać używanej odzieży z Zachodu. W konsekwencji zaś, że upadnie kilkanaście tysięcy lumpeksów, które od końca lat 80. zdominowały polski rynek tekstylny. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi straci w związku z tym źródło utrzymania, a miliony ubogich rodzin możliwość taniego przyodziewku. Dwie ekspedientki w ostrołęckim sklepie uwijają się pośród klientów. - Kiedy zbieraliśmy podpisy, same dopytywały, czy można wpisać się na listę. Ale trudno powiedzieć czy cała ta kampania cokolwiek pomoże - mówi Katarzyna Strzelczyk.
Istne królestwo szmat na targowisku przy ul. Prżdzyńskiego w Ostrołęce

Istne królestwo szmat na targowisku przy ul. Prżdzyńskiego w Ostrołęce ©A. Wołosz

Największy i najnowszy ostrołęcki szmateks mieści się w rozległej piwnicy z dwoma dużymi oknami. Nad szmateksem jest sklep z odzieżą markową - czyli renomowanych firm - dla młodzieży. Można tu kupić spodnie za ok. 100 złotych, koszulki sportowe po 50 złotych. Na dole czekają dżinsy marki Wrangler, Lee, Big Star po 15 złotych. Używane, rzecz jasna. W markowym sklepie cicho i pusto. W "taniej odzieży" w ciągu dwóch godzin przewinęło się z 50 osób. - Dziś jest spokój, w poniedziałek będzie znacznie większy tłok - mówi kierowniczka sklepu Katarzyna Strzelczyk.

Kupię, nie kupię, ale poszperać muszę

Do lumpeksów, generalnie trafiają dwa rodzaje klientek: takie, które chcą ubrać się tanio i takie, które lubią być ubrane inaczej.
- Lubię zaglądać do lumpeksów. Czasem coś kupuję, bo można tu spotkać oryginalne fasony i dobre tkaniny. Nawet jeżeli nie kupuję niczego, lubię sobie bezkarnie i spokojnie pogrzebać w tych ciuchach, pooglądać, podpatrzeć co ewentualnie mogę uszyć - mówi żona kolegi dziennikarza, którą spotykam w sklepie. Znajoma, którą widuję na charytatywnych balach biznesmenów przebiera w świeżej dostawie bluzek. Wyznaje półżartem: - Ja to już na mszę chciałam dawać za uwolnienie się z tego szmacianego nałogu. To wciąga jak hazard: kupię, nie kupię, ale poszperać muszę. A jak już coś wygrzebię, to wiem że nie zobaczę w takim samym ciuchu sąsiadki. Pani Kasia, kierowniczka sklepu bardzo dobrze już ją zna: - To stała klientka. Zawsze elegancko ubrana. U nas kupuje przede wszystkim marynarki i żakiety. Spódniczki szyje sobie często sama do kupionej marynarki - mówi. - Kiedyś chciała kupić coś dla męża. Nie mogła się zdecydować. Przyciągnęła go więc do sklepu. Pierwszy raz był wyraźnie wściekły, ale teraz czasem z nią zachodzi i szukają także męskich ubrań - dodaje Beata Stypińska, ekspedientka. - Mężczyźni trafiają do nas znacznie rzadziej. I trzeba się przy nich nieźle naskakać. Są nieporadni i jakby bardziej zakłopotani.

Mężczyzna w szmateksie

Obserwujemy właśnie żywy przykład. Całkiem nieźle ubrany pan ze służbową aktówką życzy sobie spodnie krótkie, długie i marynarkę. Cały komplet. Dziewczyny przynoszą z zaplecza zapasy. Doradzają, zachwalają. Pan tłumaczy się, nie wiadomo dlaczego, że lumpeksowa garderoba potrzebna jest mu do jazdy samochodem i do pracy w terenie. Wyraźnie speszony sytuacją, chętnie korzysta z rad i podpowiedzi, najwidoczniej chce jak najszybciej uporać się z zakupami. Wybiera ciut przydługą marynarkę. - Nóżki będę miał jak Wałęsa - kokietuje nas patrząc w lustro. - Nie szkodzi, aby głowę miał pan własną - pocieszam go żartem. Chyba uznaje argument i decyduje się na całkiem niezłą marynarkę za całe 15 złotych.

Tanio i niepowtarzalnie

Przy ladzie spostrzegam swoją dawną panią profesor ze szkoły. Zawsze była bardzo szykowna. - Zachodzi do nas kilka razy w tygodniu. Wyszukuje przeważnie interesujące skóry - kamizelki, spodnie, spódnice. Nie bierze byle czego, ma określone upodobania - mówią sprzedawczynie. - Mogę tu kupić niepowtarzalne rzeczy znacznie taniej niż w sklepie - potwierdza pani profesor, wyraźnie jednak zażenowana rozmową. Klienci uwijają się pośród wieszaków, półek i kontenerów. Młoda mama wciąż prosi synka o cierpliwość: zaraz pójdziemy na picie i na lody, obiecuje buszując z koleżanką pośród sukienek. - Kiedy mam dzień wolny od pracy, zawsze tu zaglądam. Dzisiaj akurat chyba niczego nie kupię, ale często kupuję. Mimo że pracuję, nie bez znaczenia jest dla mnie, że mogę tu synkowi kupić fajne dżinsowe spodenki za 10 złotych. W normalnym sklepie kosztują tyle, co dla dorosłych - 70-80 złotych. Producenci żerują na dzieciach, ubranka są bardzo drogie, a jeśli tanie to marne gatunkowo. W praniu spierają się kolory i tracą fason, a przecież trzeba je prać na okrągło - mówi Monika, mama kilkuletniego Daniela. - Sama w lumpeksach się nie ubieram. Mam ulubiony sklep w Handlowcu, niezbyt drogi, a modny, z krótkimi seriami. Tutaj chcę kupić parę rzeczy mężowi. Wyjeżdża do pracy za granicę. Chodzi o to, żeby nie musiał prać, bo nie umie tego robić, tylko mógł wyrzucać koszule - podaje niecodzienny powód zakupów młoda, modnie ubrana żona. Elżbieta prowadzi działalność gospodarczą. Nie widać po niej biedy. Ale przychodzi tutaj, by obkupić nastoletnie córki. - One lubią te zachodnie ciuchy. Staram się szukać rzeczy znanych firm i lepszych gatunkowo. Mogę tu kupić po kilka złotych bluzki, które w zwykłych sklepach kosztują 30-40 złotych. Różnice w cenie ciuchów wolę zainwestować w naukę córek - twierdzi kobieta. Przy wieszakach z męską garderobą dwóch mężczyzn szpera w koszulach. - Brat z mamą przyjechał do szpitala, z wioski. Chciał sobie kupić jakieś koszule. Tu najtaniej - mówi jeden z nich. - Trochę dzisiaj już przebrany towar, ale i tak mogę coś kupić za kilka złotych. Którego rolnika stać dziś na koszulę za 50 złotych w sklepie? Można jeszcze na rynku, koreańskie albo wietnamskie kupić po 15 złotych, ale z jakichś okropnie sztucznych tkanin. Do roboty się nie nadają, bo człowiek wciąż spocony - dopowiada jego brat Tadeusz, rolnik z Janek. - Nie powinni likwidować tanich sklepów, bo gdzie wtedy ludzie ze wsi będą się ubierać? - Zlikwidować zawsze łatwo, ale trzeba pomyśleć czy warto. Na wsi już prawie wszystko zlikwidowali: świetlice, szkoły, zlewnie mleka. A odbudować coraz trudniej - nadaje szerszy kontekst problemowi. Starsza pani pyta o niemowlęce ubranka. Szuka kaftaników. Córka za tydzień rodzi. Nie ma jeszcze wyprawki. Córka nie pracuje, zięć czasem coś złapie do roboty. Dwa kaftaniki w sklepie kosztują 15 złotych. Tu znalazłam za dwa złote, ale dzisiaj nie ma większego wyboru. W poniedziałek ma być dostawa towaru, będę musiała przyjechać - przypuszcza, przerzucając fatałaszki.

Prawie jak klub towarzyski

- Pani ma pewnie przynajmniej rentę, albo emeryturę. A co ja mam powiedzieć? - wtrąca kobieta spod wieszaków z młodzieżowymi bluzami. Halina straciła dwa lata temu pracę, a niedawno rentę zdrowotną. Mąż co zarobi, to przepije. A dzieci siedmioro do wykarmienia i ubrania. - Jeżeli zlikwidują takie sklepy, to nie wiem co zrobię. Pójdę żebrać po domach czy co? Nawet na zakupy tutaj muszę przyoszczędzić. Jak te dzieci ubiorę? - pyta ze łzami w oczach, opowiadając przy okazji o rodzinnych problemach. Bo lumpeksy to nie tylko sklep. To także miejsce spotkań, pogaduszek. Przychodzą tu często kobiety bezrobotne, samotne emerytki. Lumpeks to prawie klub towarzyski. Ekspedientki zawsze otwarte są na rozmowy i zwierzenia. Połowa klientek przychodzi tu regularnie. Kupią, nie kupią ale zawsze mogą za darmo pogadać. Pani Janina dopytuje o dżinsowe dziewczęce kurtki. Ma dwie wnuczki na utrzymaniu. Córka mieszka na Śląsku, pracuje w służbie zdrowia, mąż jest bezrobotny. Dwie wnuczki studiują, jedna uczy się w liceum. - Jak za takie pieniądze można wykształcić dzieci? - starsza pani patrzy przez łzy. - Gdybym im nie pomogła, nie zabrała ich do siebie, nie mogłyby się uczyć. Pomaga nam druga córka, której nieco lepiej się powodzi. Ale z jednej emerytury i tak stać nas tylko na tanie sklepy. W ubiegłym tygodniu kupiłam trzy ładne bluzeczki za 12 złotych. Dla mnie lumpeksy to wielka ulga. Mam nadzieję, że zanim je zlikwidują może choć jedna wnuczka pójdzie do pracy - wzdycha dzielna babcia.

Klientki w obro

Od 30 czerwca wchodzi w życie ustawa o odpadach z kwietnia 2001 roku. Wynika z niej między innymi to, że na polski rynek nie będzie można sprowadzać używanej odzieży z Zachodu. W konsekwencji zaś, że upadnie kilkanaście tysięcy lumpeksów, które od końca lat 80. zdominowały polski rynek tekstylny. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi straci w związku z tym źródło utrzymania, a miliony ubogich rodzin możliwość taniego przyodziewku. Ustawa jest forsowana przez rzeczników polskiego przemysłu odzieżowego i ekologów. W imię narodowych interesów. W Polsce bowiem produkuje się rocznie 20 tys. ton odzieży, a sprowadza ponad 70 tys. ton szmat. To podobno rujnuje przemysł odzieżowy - twierdzą jedni. Inni jednak wołają, że to nie z powodu szmateksów upada polska odzieżówka, lecz z racji błędnej polityki podatkowej i zbyt niskiego cła importowego. W obronie ciuchlandów zwołano niemal "narodowe ruszenie" - artystów, handlowców i polityków. Szmaciana wojna toczy się na ulicach i w parlamencie. Klienci lumpeksów zawiązali Komitet Obrony Sklepów z Tanią Odzieżą. Zbierali podpisy pod petycją o zmianę wchodzącej w życie ustawy. Dwie ekspedientki w ostrołęckim sklepie uwijają się pośród klientów. Są grzeczne, nienachalne, takie "swoje dziewczyny", jak fryzjerki na przykład, z którymi można o wszystkim pogadać. Sklep ma tę zaletę, w odróżnieniu do innych lumpeksów, że nie trzeba pytać o ceny, bo każdy artykuł udekorowany jest hurtową metką. - Mamy bardzo różne klientki. większość to osoby ubogie, matki wielodzietnych rodzin, młode dziewczyny bez pracy. Dla nich bardzo ważne są niskie ceny. Ale są także hobbystki, które lubią po prostu takie sklepy. Mają określone gusty, przychodzą stale, szukają ubrań markowych, albo określonego rodzaju garderoby, ciekawych firanek, obrusów. Połowa klientek przychodzi tu stale. Niektóre kupują u nas na sprzedaż, na przykład pościel. Nie wiem, gdzie potem na tym zarabiają, sprzedając z trzeciej ręki. Wszystkie stałe klientki okazały żywe zainteresowanie akcją, która zorganizowaliśmy w obronie tanich sklepów. Kiedy zbieraliśmy podpisy, same dopytywały, czy można wpisać się na listę. Ale trudno powiedzieć czy cała ta kampania cokolwiek pomoże - mówi Katarzyna Strzelczyk. Jest to problem dla kilkudziesięciu handlowców z Ostrołęki i tysięcy w kraju. W tanią odzież można zaopatrywać się w sklepach i w stoiskach na rynku. Na Lumpeksstrasse, jak stałe klientki żartem nazywają główną alejkę ciuchową, można kupić naprawdę niezłe, często nie używane ubrania z firmowymi metkami: sukienki po 20 złotych, elegancką moherową kurtkę za 40 złotych, tanie sweterki, spodnie i żakiety. Tutaj też nie brakuje stałych klientek, które martwi perspektywa likwidacji ciuchlandów.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Specjalnie dla Was

Wideo