Mój pierwszy trening

Mój pierwszy trening

Ewa Świeczkowska Uczennica 3 klasy Gimnazjum w Przasnyszu

Tygodnik Ostrołęcki

Aktualizacja:

Tygodnik Ostrołęcki

Ewa Świeczkowska w czasie treningowej walki

Ewa Świeczkowska w czasie treningowej walki ©M, Bondarcyuk

Chyba zaczęłam nowe życie, bo od kilku miesięcy jestem członkiem Przasnyskiego Klubu Kyokushin Karate ? pisze Ewa Świeczkowska z Przasnysza.
Ewa Świeczkowska w czasie treningowej walki

Ewa Świeczkowska w czasie treningowej walki ©M, Bondarcyuk

Dlaczego zdecydowałam się trenować Kyokushin? Bo interesuje mnie szeroko rozumiana kultura japońska i uznałam, że dalekowschodnia sztuka walki ? jako jej nieodłączny element -byłaby wspaniałym dodatkiem do moich zainteresowań.
Poza tym kilku moich kolegów z klasy trenowało karate i gorąco mnie do tego zachęcali. Postanowiłam spróbować. Co mi szkodzi. Jeśli nie będzie mi się podobało, to najwyżej zrezygnuję.
Przeczytałam na plakacie o spotkaniu organizacyjnym w Klubie na ul Osiedlowej.
W ub. roku klub doczekał się własnej siedziby. Gdy weszłam do środka byłam pod wrażeniem. Sala pięknie wykończona: na podłodze jasne, lakierowane deski, na ścianach lustra, drabinki i wszystkie przyrządy potrzebne do treningów. Oprócz tego siłownia, łazienka z prysznicami i szatnie.
Obejrzeliśmy dokładnie wszystkie pomieszczenia i wraz z moimi przyjaciółmi rozważaliśmy wszystkie plusy i minusy trenowania karate. Decyzja zapadła: idziemy na trening! Jeśli nam się spodoba - to wstąpimy do PKKK, czyli Przasnyskiego Klubu Karate Kyokushin. Na miejscu przebraliśmy się w odpowiednie stroje i weszliśmy do sali treningowej.
Ćwiczenia prowadził sensei Krzysztof Kowalski i jeden z jego uczniów. Zaczęło się spokojnie w i ciszy od medytacji, ale później... nastąpił ostry trening niewinnie nazywany rozgrzewką. Biegaliśmy spoceni, robiliśmy pompki, "brzuszki" i przysiady. Przyznam, że to był koszmar. Wiedziałam, że nie będzie lekko, ale co innego wiedzieć, a co innego samemu to przeżyć. Po rozgrzewce nie miałam już siły na nic. Jakby na moje życzenie, wszystko się uspokoiło i przeszliśmy do ćwiczeń rozciągających. Tym razem nie męczyłam się, ale za to ile wycierpiałam! Skłony, wytrzymywanie przy naprężonych do
maksimum ścięgnach i mięśniach! Mimo to wytrwałam jakimś cudem do końca.
Kiedy po 180 minutach wychodziłam wyczerpana do domu, w duchu powtarzałam sobie, że już "nigdy więcej". Miałam dosyć. Dopiero później, w domu, kiedy padłam wykończona do łóżka, uświadomiłam sobie, czego dokonałam. Zmusiłam się do wysiłku, który do tej pory uważałam za niemożliwy, nieosiągalny. Na każdym następnym treningu dowiaduję się, że mogę więcej.
Jestem z siebie dumna - z tego, że poszłam na trening i wytrwałam do końca. Uwierzyłam w siebie i w to, że człowiek może więcej, niż mu się wydaje.
Myślę, że każdy powinien spróbować. Niezależnie od tego, czy jest
szybki, silny, wysportowany czy nie; czy ma talent czy też jest go
pozbawiony. Ważny jest pierwszy krok. Liczy się siła woli. Jeśli wy
będziecie mieli marzenia, wasze ciało pójdzie za wami. Tylko trzeba mu trochę pomóc i wskazywać drogę.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Specjalnie dla Was

Wideo